Ratownicy nie ratowali życia? Prokuratura w Łodzi wszczęła śledztwo

Ratownicy nie ratowali życia? Prokuratura w Łodzi wszczęła śledztwo

Prokuratura w Łodzi wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci mężczyzny, którego znaleziono leżącego przy drodze w Brójcach (powiat łódzki wschodni). Pogotowie do potrzebującego pomocy wezwali przejeżdżający drogą kierowcy. Ratownicy, jak wynika z informacji, do których dotarliśmy, nie ratowali życia mężczyzny.

Będziemy analizować kwestię działań medycznych, podejmowanych przez ratowników, którzy zostali wezwani na miejsce zdarzenia. KRZYSZTOF KOPANIA, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi

Prokuratorzy z Łodzi będą też dokładnie analizować wcześniejszą historię choroby mężczyzny, bo sekcja nie dała odpowiedzi na pytanie, co było bezpośrednią przyczyną zgonu 55-latka. By ustalić, dlaczego mężczyzna zmarł, konieczne jest przeprowadzenie jeszcze badań histopatologicznych i toksykologicznych. Wyników można spodziewać się za kilka tygodni.

Tragedia w Brójcach a ratownicy z pogotowia

Tragedia w Brójcach zainteresowała łódzką prokuraturę, ponieważ dotarliśmy do informacji, z których wynika, że ratownicy z pogotowia w ogóle nie reanimowali mężczyzny. A to może wskazywać na zaniedbanie ich obowiązków.

Gdy zbulwersowany mieszkaniec Brójec przekazał nam informację o wydarzeniu, rozpoczęliśmy weryfikowanie serii zdarzeń. Dotarliśmy do obecnego na miejscu świadka zdarzenia – ratownika medycznego – ale poza krótkim oświadczeniem nie chciał komentować pracy zespołu ani sytuacji.

Wracając do domu zauważyłem, że na trawniku przed jedną z posesji leży nieprzytomny mężczyzna. Wspólnie z innym kierowcą obróciliśmy go na plecy. Po stwierdzeniu zatrzymania krążenia, zaczęliśmy go reanimować. W tym samym czasie poinformowaliśmy Centrum Powiadamiania Ratunkowego o zdarzeniu. Resuscytacja prowadzona była aż przybycia zespołu ratownictwa medycznego z Kurowic. mówi nam świadek zdarzenia

Reanimacji przyglądało się co najmniej kilka osób. Wszyscy czekali na przyjazd jednej karetki z ratownikami z Kurowic i drugiej, specjalistycznej z lekarzem.

Po 9 minutach karetka dotarła z oddalonych o 3 kilometry Kurowic. Ratownicy wysiedli. Jedn z nich miał – zdaniem świadków – zadzwonić i odwołać karetkę specjalistyczną z lekarzem. Miało paść „tu będzie zgon”.

Ze względu na prowadzone przez nas wewnętrzne dochodzenie nie mogę potwierdzić informacji. DAWID BUDNY z pogotowia ratunkowego w Tomaszowie Mazowieckim

Ratownicy z Kurowic twierdzą, że nie podjęli działań, ponieważ nikt do ich przyjazdu nie reanimował mężczyzny. Podpięli monitor i potwierdzili brak oznak życia. Zdążyli to zrobić w zaledwie minutę.

Ratownicy nie ratowali życia

Znamienne jest też to, że zaraz po tragedii nie zostało zabezpieczone ciało mężczyzny, na potrzeby ewentualnej sekcji zwłok. Stało się tak dlatego, że nie było widocznych oznak działania osoby trzeciej. Dodatkowo nikt nie zakładał, że ktokolwiek ze służb nie traktuje swej pracy jako misji.

We wtorek, 14 maja miał odbyć się pogrzeb 55-letniego mężczyzny.  Przeprowadzona została jednak sądowo-lekarska sekcja zwłok. Potwierdziła ona, że ktoś wykonywał masaż serca. Potwierdziła też, że mężczyzna miał założone wkłucie na lewym przedramieniu. Czy była szansa na uratowanie życia 55-latka, dowiemy się po zakończeniu śledztwa łódzkiej prokuratury.

Dwie podstawowe tezy, jakie stawiają ratownicy z Kurowic, to:

  • mężczyzna już na pewno nie żył, nikt go nie reanimował do czasu, gdy przyjechaliśmy (od zgłoszenia upłynęło 9 minut)
  • my też nie prowadziliśmy żarnych działań ratowniczych.

Przeczą temu dowody, których dostarczyli .przedstawiciele służb medycznych. Po pierwsze: mężczyzna ma połamany mostek, co świadczy o prowadzonym masażu serca. Po drugie: mężczyzna miał założone profesjonalnie wkłucie – ktoś musiał to zrobić, czyli próbował ratować. Po trzecie: w minutę nie da się fizycznie dokładnie obejrzeć pacjenta, podpiąć kardiomonitora i jeszcze zadzwonić, by odwołać przyjazd specjalistycznej karetki.

Czas dotarcia ratowników na miejsce

Prokuratorzy będą musieli dokładnie zbadać również czas reakcji ratowników z Kurowic. Wyjechali teoretycznie minutę po wezwaniu, a mówiąc konkretnie: wtedy wcisnęli na pulpicie przycisk statusu “wyjazd”.

Status zmienili na hasło “na miejscu” dokładnie 8 minut później.  Sprawdziliśmy. Samochodem osobowym, jadąc zgodnie z przepisami, tę samą drogę pokonuje się w niespełna 3 minuty. Dlaczego karetka jechała 8 minut?

1 komentarz

  1. Avatar

    No cóż, ratownicy ciągle przesiadują w sąsiadującym z nimi Primusie. Pewnie stąd opóźnienie!

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *