Ratownicy i lekarze nabrali wody w usta po kolejnej tragedii, do której doszło w województwie łódzkim. Nie uratowali pacjenta, choć przywieziony do szpitala jeszcze był przytomny. Do kolejnego szpitala 50-latek dojechał już nieżywy. Czy ktoś zawinił? Czy można było mu pomóc? Na te pytania prawdopodobnie będzie musiała odpowiedzieć prokuratura, a w pomoc pacjentowi zaangażowani byli lekarze ze szpitali w Kutnie i Zgierzu oraz ratownicy i lekarz z Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi.
Historia jaka może spotkać każdego
Pierwszy raz w ostatnich dniach pogotowie ratunkowe było wzywane do mężczyzny w piątkowe południe 20 czerwca. Ratownicy widzieli potrzebę przewiezienia 50-letniego mieszkańca Kutna do szpitala, jednak mężczyzna nie wyraził zgody na hospitalizację. Na dokumentacji medycznej przy odmowie transportu jest podpis zarówno mężczyzny jak i członka jego rodziny. Ta sytuacja była początkiem lawiny nieszczęśliwych zdarzeń, które doprowadziły do śmierci mężczyzny.
Kolejny raz ratownicy medyczni zostali wezwani do mężczyzny dwa dni później. Ratownicy są u pacjetna przed południem i kolejny raz mówią o potrzebie przewiezienia go do szpitala.
Pacjent został przewieziony do SOR szpitala w Kutnie. W trakcie przewozu pacjent był monitorowany, o czym świadczą zapisy w KMCR (red. – karcie medycznych czynności ratunkowych) dotyczące czynności serca, ciśnienia tętniczego, saturacji.
mówi Krzysztof Chmiela, dyrektor ds medycznych WSRM w Łodzi.
Z naszych informacji wynika, że zespół pogotowia ratunkowego podejrzewał u mężczyzny znaczny obrzęk płuc. Wiadomo, że mężczyzna nie chorował na nic przewlekle, ani na co dzień nie przyjmował regularnie leków. Gdy ratownicy dowieźli pacjenta do szpitala był już w stanie ciężkim. Lekarze określili w szpitalu jego stan jako niestabilny. Nie było też kontaktu z pacjentem.
Dramatyczna walka o życie
Zdecydowano o wykonaniu serii badań. Przy łóżku pacjenta wykonano badanie rentgenowskie jego płuc, które potwierdziło, że mężczyzna ma ostre zapalenie płuc. Choć pacjent został przez ratowników przekazany pod opiekę lekarzy w kutnowskim szpitalu kilkanaście minut po godzinie 12, opis badania RTG znalazł się w systemie szpitalnym dopiero 2 godziny później.
Kolejnym krokiem była decyzja o badaniu tomograficznym głowy. Lekarze chcieli znaleźć przyczynę zgłaszanego przez rodzinę napadu drgawkowego. Po kolejnych 2 godzinach stało się jasne, że mężczyzna nie miał żadnego urazu głowy. Lekarze szukali dalej, a czas płynął nieubłaganie na niekorzyść pacjenta.
W tym czasie 50-latek leżał nieprzytomny na łóżku w szpitalnym oddziale ratunkowym. Podpięty był pod respirator, który pomagał mu oddychać, a pompy automatycznie dozowały podawanie leków. Terapia nie przynosiła jednak rezultatów, a badania krwi wskazały na rozwijającą się sepsę.
Poprosili o pomoc inny szpital
W późnych godzinach popołudniowych lekarze ze szpitala w Kutnie zdecydowali się poprosić o pomoc lekarzy z wojewódzkiego szpitala w Zgierzu. W dokumentacji, do której dotarliśmy, czytamy: „ustalono telefonicznie przeniesienie do OIT Szpitala w Zgierzu w dniu 22.06.2025”.
To ustalenie spowodowało konieczność wezwania transportu medycznego. Szpital w Kutnie zgłosił do Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi potrzebę wykonania takiego transportu. Karetka z lekarzem, ratownikiem medycznym i kierowcą po kursie kwalifikowanej pierwszej pomocy wyjechała z ulicy Wareckiej w Łodzi około godziny 20. Na miejscu byli o 20.55 i trzy kwadranse później wyjechali w stronę szpitala w Zgierzu.
Gdy o godzinie 22.50 karetka dowiozła pacjenta do szpitala w Zgierzu, jeden z jego pracowników miał zareagować bardzo ostro:
Kogo my mamy ratować, przecież martwego człowieka przywieźliście
miał powiedzieć pracownik szpitala w Zgierzu.
Jednak 50-letni Tomasz formalnie został przyjęty na oddział intensywnej terapii i anestezjologii zgierskiego szpitala. Tutaj jednak nikt nie był w stanie już mu pomóc.
Nie było odmowy przyjęcia w szpitalu w Zgierzu. Transport był uzgodniony między lekarzami szpitali w Kutnie i w Zgierzu
mówi Krzysztof Chmiela, dyrektor ds. medycznych WSRM w Łodzi.
Gdy medycy zauważyli plamy opadowe, stwierdzili zgon mężczyzny. Zakończyła się kilkunastogodzinna walka o życie mężczyzny. Nie uratowali pacjenta, choć pytań bez odpowiedzi jest wiele.
Przez kilkanaście godzin nie uratowali pacjenta
Przede wszystkim zastanawia fakt, dlaczego szpital w Kutnie zdecydował się na przewiezienie pacjenta do innego szpitala. Szczególnie, że lekarze sami twierdzili, że pacjent jest w stanie niestabilnym. W rozmowach pracownicy szpitala anonimowo mówią, że u nich wszystkie łóżka na oddziale intensywnej opieki medycznej były zajęte. Oficjalnie szpital odpowiedział wymijająco na nasze pytania.
Informuję, iż nie ma możliwości udzielenia Państwu odpowiedzi związanych z udzielaniem świadczeń pacjentom zgłaszającym sie do naszej placówki
Agnieszka Pacałowska, pPełnomocnik ds. zarządzania jakością w kutnowskim szpitalu
Z naszych informacji wynika też, że WSRM w Łodzi sprawdza całość procedur wykonanych przez ratowników zarówno na wizycie u pacjenta w domu, jak i w trakcie jego przewożenia do szpitala w Zgierzu. Tutaj pod znakiem zapytania stoi także czy zespół w ogóle powinien godzić się na transport pacjenta w stanie, który nie był do końca stabilny.
Pacjent w stanie ciężkim, choć to bardzo przykre, może po prostu umrzeć. Tutaj jednak wydaje się, że można było zrobić znacznie więcej
mówi anonimowo jeden z ratowników WSRM w Łodzi.
Władze stacji ratownictwa medycznego sprawdzają też, czy pacjent był przez cały czas podpięty pod urządzenia monitorujące pracę jego serca.
Najwięcej pytań związanych jest jednak z przekazaniem pacjenta do szpitala w Zgierzu. Czekamy na odpowiedzi z tej placówki, ale z informacji do których dotarliśmy wynika, że mężczyzna już nie żył, gdy był wwożony na oddział intensywnej terapii, co rodzi pytania o to czy zmarł w karetce, czy w czasie przewożenia na noszach z karetki do szpitala.




Jeden komentarz
Zzz