Arkadiusz Wojtas zginął, gdy przechodził prawidłowo przez przejście dla pieszych. Tragedia wydarzyła się na Retkini w Łodzi w październiku 2024 roku. Od tego czasu rodzina walczy o sprawiedliwość, domagając się wysokiej kary dla kierowcy. Prokuratura chciała, by sprawca – łódzki biznesmen – poddał się sam karze. Dla niego oznaczałoby to wyrok w zawieszeniu. Po wstępnej rozprawie w środę 26 listopada sąd przychylił się do wniosku rodziny i sprawa będzie miała swój ciąg dalszy na sali sądowej, dając pokrzywdzonym szansę na przedstawienie dowodów i świadectw.
Tragedia na przejściu dla pieszych
Do tragedii doszło 4 października 2024 roku około godziny 22.40 na przejściu dla pieszych przez ulicę Kusocińskiego na Retkini w Łodzi. Arkadiusz Wojtas z przyjacielem wracali z meczu siatkówki. Mężczyźni szli chodnikiem w stronę ulicy Juszczakiewicza. Gdy próbowali przejść na drugą stronę jezdni, zauważyli szybko zbliżający się pojazd od strony ulicy Popiełuszki.
Zdążyłem się cofnąć o krok, Arek niestety nie zdążył zareagować. Z impetem uderzył w niego mercedes
mówi przyjaciel ofiary wypadku.
Patrząc z perspektywy kierowcy mercedesa, panowie przechodzili z lewej strony na prawą po przejściu dla pieszych i byli już prawie po drugiej stronie jezdni. Mimo to doszło do wypadku. Siła uderzenia była tak wielka, że torba potrąconego mężczyzny przeleciała kilkanaście metrów w powietrzu. On sam upadł na jezdnię 17 metrów dalej.
Materiały ze śledztwa i opinia biegłego ds. rekonstrukcji wypadków wskazują, że kierujący poruszał się z prędkością 108 km/h w miejscu, gdzie dopuszczalna prędkość wynosiła 50 km/h. Biegły wyliczył, że w samym momencie uderzenia, mercedes poruszał się z prędkością 62 km/h. Jednocześnie stwierdził, że gdyby kierowca jechał z dopuszczalną prędkością, istniała możliwość uniknięcia zderzenia poprzez wykonanie manewru hamowania.
Kto dzwoni po pogotowie?
Z relacji świadka wynika, że zaraz po wypadku kierowca wysiadł z samochodu i trzymając się za głowę powiedział: „Co ja zrobiłem”. Przyjaciel potrąconego mężczyzny wezwał pomoc i poinformował jego rodzinę o wypadku.
Kierowca nawet nie próbował pomóc rannemu mężczyźnie. Może był w szoku, ale nie wezwał też pomocy medycznej.
mówi Mariusz Wojtas, brat ofiary wypadku.
Ratownicy medyczni byli na miejscu kilka minut później. Po kolejnych minutach na miejsce wypadku przyjechała druga karetka. 4 ratowników i lekarz przez ponad 1,5 godziny na miejscu próbowali ustabilizować jego stan na tyle, by dowieźć go do szpitala. Na miejscu zdiagnozowali szereg zagrażających życiu objawów.
Arkadiusz Wojtas był nieprzytomny. Miał obrażenia głowy, prawej ręki, obu nóg. Na miejscu go reanimowano i zabezpieczono złamanie kości udowej, które spowodowało intensywny krwotok wewnętrzny. Karetka z rannym była w szpitalu kilkanaście minut po północy.
Śmierć w szpitalu
36-letni Arkadiusz Wojtas zmarł w szpitalu nad ranem 5 października. Pozostawił rodzinę, a po jego śmierci dom zmienił się nieodwracalnie. Jego życie przerwał jeden moment — chwila, w której ktoś nie zdążył zahamować, a inny stracił wszystko.
To dramat który będzie wracał do końca życia. Mamy małe dzieci. Arek był fajnym, kochającym tatą i mężem, wysportowanym facetem
mówi Katarzyna Wojtas, żona zmarłego.
Opinia biegłego po sekcji lekarsko-sądowej wskazała jednoznacznie, że Arkadiusz Wojtas nie miał szans, by przeżyć zderzenie z rozpędzonym, prawie 2-tonowym mercedesem. Z opisanych obrażeń wynika, że mężczyzna miał złamane kości sklepienia i podstawy czaszki, krwiak podtwardówkowy, obszerny wylew krwi do mózgu, stłuczone płuca, a do tego połamane kości nóg i ręki.
W oparciu o wyniki oględzin i sekcji zwłok stwierdzić należy, iż do śmierci Arkadiusza Wojtasa doszło w wyniku ciężkich obrażeń ośrodkowego układu nerwowego
napisał w opinii biegły specjalista medycyny sądowej.
Rodzina niemal natychmiast zaczęła walczyć o sprawiedliwość. Ich zdaniem w sprawie nie zrobiono wszystkiego należycie. Z akt sprawy wynika, że sprawca wypadku został przebadany na miejscu alkosensorem, ale policjanci mieli już od niego nie pobierać krwi do badania na obecność alkoholu i środków psychoaktywnych.
To skandal. Nie pobrano od niego krwi, nie powiadomiono prokuratora dyżurnego o wypadku mimo, że lekarz jeszcze na miejscu wskazywał na krytyczny stan pacjenta
wyliczali w skardze do Komendy Głównej Policji bliscy Arkadiusza Wojtasa.
11 grudnia 2024 roku odpowiedział im na zarzuty i wątpliwości młodszy inspektor Kamil Szczęsny, pełniący wówczas funkcję zastępcy komendanta miejskiego policji w Łodzi. Z jego wyjaśnień wynika, że badanie alkosensorem było wystarczające, bo potwierdziło trzeźwość kierowcy. Jednocześnie w ocenie policjantów, kierowca „nie przejawiał żadnych oznak pozostawania pod wpływem środków wymagających badania toksykologicznego”.
Na policjantach nie ciążył obligatoryjny obowiązek podjęcia działań zmierzających do przeprowadzenia takich badań.
czytamy w odpowiedzi inspektora Kamila Szczęsnego.
Ta ocena miała spowodować brak konieczności pobrania od Przemysława R. krwi do dalszych badań. Policjanci – zdaniem swojego przełożonego – nie musieli też informować dyżurnego prokuratora o wypadku, bo muszą to zrobić, gdy następstwem wypadku jest śmierć osoby, a także gdy następstwem jest ciężki uszczerbek na zdrowiu a podejrzany jest pod w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka działającego podobnie do alkoholu.
Policjanci uzyskali informację, że pacjent żyje i przebywa na oddziale intensywnej opieki medycznej – jego stan określono jako ciężki
czytamy w odpowiedzi na skargę.
Komendant odrzucił też zarzut braku zabezpieczenia samochodu. Rodzina była przekonana, że można odczytać znajdujący się w nim rejestrator danych wypadkowych. Jednak policja uznała, że możliwość taka – tu cytat: „(…) zarysowała się w toku procesowej analizy zebranych dowodów”. Konkludując, działania policjantów były prawidłowe i nie ma podstaw do wyciągania względem nich konsekwencji.
Opieszałość działań śledczych
Na miejscu wypadku, w którym zginął Arkadiusz Wojtas, nie został też zabezpieczony przez policjantów samochód, którym biznesmen potrącił Arkadiusza. Rodzina zaczęła domagać się od prokuratury i policji zdecydowanych działań dochodzeniowych a jednocześnie sami zaczęli szukać dodatkowych dowodów takich jak nagrania z kamer monitoringu.
Rodzina zaczęła nabierać podejrzeń, że nie wszystko w sprawie dochodzenia prawdy idzie prawidłowym tokiem. Od sprawcy, który odebrał im ojca i męża dostali propozycję przyjęcia wsparcia finansowego.
Nie chcę w żaden sposób się narzucać, ale mam nadzieję, że przyjmiecie ode mnie wsparcie finansowe na poczet uroczystości pogrzebowych, by choć troska o godny pochówek nie dokładała Wam zmartwień
napisał Przemysław R.
Czy można powiedzieć, że prokuratura działała opieszale w początkowych dniach postępowania? Warto tu napisać tylko tyle, że dopiero po 12 dniach po tragicznym wypadku na Kusocińskiego, Marta Maciejak, prokurator z Prokuratury Rejonowej Łódź Polesie, wydała postanowienie o zabezpieczeniu samochodu, którym mężczyzna potrącił śmiertelnie Arkadiusza Wojtasa.
Samochód wydała żona Przemysława R. i biegły mógł ze sterowników pojazdu wydobyć informacje. Nie wiadomo jednak, czy pełne i czy wcześniej ktoś nie ingerował w jego wnętrze. To nie wynika z opinii. Wiadomo natomiast, że wart prawie pół miliona samochód został wystawiony na sprzedaż w maju 2025 na jednym z popularnych serwisów motoryzacyjnych.
Bez sprawy, bez rozgłosu
Sprawca wypadku jest łódzkim biznesmenem, który obsługuje wiele podmiotów związanych z jedną z łódzkich spółek miejskich. Rodzina zmarłego obawiała się, że może mieć to przełożenie na postępowanie dochodzeniowe. Nabrali pewności, gdy wpłynął wniosek o dobrowolne poddanie się karze.
Każdy ma prawo do obrony. Jednak formowanie wniosku o dobrowolne poddanie się karze w taki sposób, że dokument ma 60 stron, z czego kilkadziesiąt to referencje instytucji i potwierdzenia wpłat charytatywnych, jest w sytuacji spowodowania śmierci człowieka – w moim odczuciu – co najmniej nie na miejscu
mówi Mariusz Wojtas.
Adwokat w imieniu Przemysława R., który prowadził mercedesa zaproponował dobrowolne przyznanie się do winy i poddanie się karze. Zdaniem sprawcy wypadku sprawiedliwe byłoby:
- wymierzenie kary roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata,
- orzeczenie zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych przez rok,
- wypłata nawiązki po 15 tysięcy złotych dla żony, dwójki małych dzieci i 5 tysięcy dla brata zmarłego.
W ten sposób śmierć Arka skalkulowano na 50 tysięcy złotych. Natomiast na reklamę jednego z łódzkich klubów sportowych sprawca wypadku wydawał regularnie po kilka tysięcy złotych.
Prokurator zgodził się na taki wniosek i wystąpił do sądu o skazanie Przemysława R. bez przeprowadzenia rozprawy. Rodzina uznała tę propozycję za rażąco zbyt łagodną i złożyła formalny sprzeciw. W piśmie procesowym adwokat reprezentujący pokrzywdzonych wskazał także na błędy formalne we wniosku prokuratora — m.in. pomyłkowe personalia oraz wniosek o zasądzenie nawiązki na rzecz osoby zmarłej, co budziło wątpliwości co do staranności przygotowania aktu.
Rodzina domaga się, by sąd rozpoznał sprawę w pełnym trybie, dopuścił dowody i przesłuchał świadków oraz biegłych. Dla nich proces ma wymiar nie tylko prawny, lecz także moralny: chcą, by sąd usłyszał ich ból i by wymiar kary odpowiadał ciężarowi winy.
Pokrzywdzeni domagają się bezwzględnego pozbawienia wolności oskarżonego
mówi adwokat Piotr Paduszyński.
Na rozprawie wstępnej, która odbyła się w środę 26 listopada 2025 roku, sąd rozpoznał wniosek prokuratora o skazanie bez przeprowadzenia rozprawy. Na wniosek rodziny sąd odrzucił ten wniosek i zarządził prowadzenie sprawy w standardowym trybie, wyznaczając rozprawę główną. Decyzja ta oznacza, że sąd dopuści pełne postępowanie dowodowe, a strony będą mogły przedstawić swoje argumenty publicznie.
Dla rodziny była to ważna chwila: sąd przyznał, że sprawa wymaga szerszego rozpoznania, a nie jedynie szybkiego rozstrzygnięcia na podstawie wniosku prokuratora. Arkadiusz Wojtas już nie wróci, ale rodzina podkreśla, że ma nadzieję na to, że sąd rozpozna sprawę rzetelnie i że odpowiedzialność za śmierć bliskiego nie pozostanie bez adekwatnych konsekwencji.


Jeden komentarz
Miałem podobną sytuację .Prawie nowy Mercedes kl S na wąskiej uliczce Bliskiej w Warszawie ,z niewiadomych przyczyn tak samo ryk silnika i samochód wystrzelił ,odbiłem uderzając w bramę ,otarłem bokiem o latarnie i Mercedes S pędził na drzewo po lewej stronie szli ludzie .Samochod wykasował całą sytuację czarne kratki pendrive nic nie zapisał .Nie wiedziałem jak się to stało ale nagranie z kamery zewnętrznej budynku nagrała zdarzenie i widać że cisnąłem chamulec a samochód mimo to się rozpędzał .Kilka osób też słyszało ryk silnika. W serwisie próbowano zrobić ze mnie durnia ale gdy zobaczyli nagranie schowali głowę w piasek Chciałem zwrócić gdyż bałem się tego samochodu,dali mi zastępczy,w tym wymienili kolumnę I dalej nie walczyłem ponieważ samochód jest leasingowane mam cały pakiet zrobili mi wszystko prowadzę firmę mam kilka takich Mercedesów ale do dzisiaj boję się tego samochodu .Zlozylem reklamacje i cisza .Samochod zrobiono . oglądając program uwaga 27 listopada i słuchając opowieści kierowcy który tak samo jechał wolno 30 na godzinę i samochód wystrzelił mu nie wiadomo z jakiego powodu tylko że jego silnik miał 600 koni , opisuje sytuację ponieważ niekoniecznie jest to wina kierowcy w Mercedesie też nic nie znaleźli na pendrivie który nagrywał przeglądał mój syn który jest inżynierem cyberbezpieczeństwa i nie mógł mnie znaleźć ponieważ wszystko jest w środku podobno układy są robione gdzieś w Azji. może ktoś miał podobną sytuację pisze ponieważ uświadomiłem sobie że gdybym nie miał nagrań co robiono ze mnie idiote .
Juliusz Stefaniak [email protected]